sobota, 30 listopada 2013

Kanada, syropem klonowym płynąca

Pierwsze dni w Kanadzie były trudne...
Przede wszystkim dlatego, że nie znałam francuskiego a jak się okazało na miejscu jest to główny i najwłaściwszy język w Montrealu w prowincji francuskiej Quebec.
Wszystkie ogłoszenia, reklamy w sklepach, na ulicach, informacje... wszystko po francusku.
Na początku zamieszkaliśmy też w typowo francuskiej dzielnicy, więc nic dziwnego, że byłam lekko oszołomiona znając zaledwie 3 słowa po francusku: qui, merci, bonjour :)
Myślałam sobie" wszystko świetnie, tylko muszę tu mieszkać przez następne pół roku, znaleźć pracę i jakoś funkcjonować".
I tak każdy dzień był łatwiejszy, zaczęłam oswajać się ze zmianą, codziennie poznawałam jakieś nowe miejsca, nowych ludzi... w końcu nawet zaczęłam się uczyć francuskiego:)
W miarę poznawania Montreal okazał się być miastem pięknym, z bardzo ciekawą architekturą, całkiem inną niż nasza europejska.
Duże wrażenie robi tzw. "podziemne miasto". Podobno rozciąga się ono na długość ponad 30 km a mieści się w nim gigantyczne centrum handlowe z kilkoma tysiącami sklepów połączone ze stacjami metra, są tu też restauracje, banki, teatry, hotele, muzea a nawet boisko do gry w hokeja na lodzie. W tym alternatywnym mieście można funkcjonować bez wychodzenia na powierzchnię. Szczególnie zimą jest to przydatne rozwiązanie, gdy na zewnątrz jest srogi mróz i masa śniegu. My całe szczęście poznaliśmy Montreal od tej cieplejszej strony :)